Archive for the ‘sąd’ Category

O adresie dłużnika w postępowaniu klauzulowym

19 marca 2008

W polskim postępowaniu cywilnym uzyskanie prawomocnego orzeczenia zasądzającego na rzecz wierzyciela określoną należność jest pierwszym etapem odzyskiwania należności, natomiast ostatnim jest postępowanie egzekucyjne. Pomiędzy nimi toczy się jeszcze postępowanie o nadanie klauzuli wykonalności, zwane postępowaniem klauzulowym. Kiedyś uznawane było za część postępowania egzekucyjnego. Obecnie coraz częściej uważa się, że ma ono charakter samodzielny. Postępowanie to służy do tego, by uzyskać zezwolenie na zastosowanie przymusu państwowego w celu wyegzekwowania zasądzonej wcześniej należności.

W standardowych sytuacjach nadanie klauzuli następuje w zasadzie automatycznie, a postępowanie jest banalnie proste. Po uprawomocnieniu się orzeczenia sąd na wniosek, a w przypadku nakazów zapłaty – z urzędu – nadaje klauzulę wykonalności, po uzyskaniu której wierzyciel może skierować sprawę do komornika. I już.

Życie jest jednak bardziej skomplikowane i czasami okazuje się, że treść orzeczenia w odnośnie relacji powód-pozwany nie jest zgodna z rolami wierzyciel-dłużnik. Chodzi o to, że po czasie pozwany może przestać być dłużnikiem (bo np. został przejęty albo umarł), a powód przestał być wierzycielem (bo np. został przejęty albo zbył wierzytelność). W takiej sytuacji skuteczne prowadzenie egzekucji na podstawie orzeczenia nie uwzględniającego zmian podmiotowych nie jest możliwe. Nie jest też jednak możliwe ponowne prowadzenie postępowania sądowego o zapłatę. W związku z tym, dla umożliwienia przeprowadzenia postępowania egzekucyjnego niezbędne jest prowadzenie postępowania klauzulowego, ale nieco zmodyfikowanego, a mianowicie o nadanie klauzuli na rzecz nowego wierzyciela albo przeciwko nowemu dłużnikowi. Postępowanie to regulowane jest przez art. 788 Kpc. W tym właśnie postępowaniu pojawia się problem adresu dłużnika.

Generalna zasada jest taka, że aktualny adres dłużnika należy podawać w piśmie procesowym wszczynającym dane postępowanie. W związku z tym należy go podać we wniosku o nadanie klauzuli wykonalności. Weryfikacja aktualności tego adresu następuje jednak dopiero wówczas, gdy sąd próbuje doręczyć jakieś pismo dłużnikowi. Jeśli zatem sąd niczego nie doręcza, to i podawany adres nie ma znaczenia. Jednakże w toku postępowań niejednokrotnie sądy wzywają do podania aktualnego adresu zamieszkania dłużnika, bowiem podane we wniosku okazują się nieaktualne. Wezwania te wynikają z faktu, że w Polsce występują aktualnie przynajmniej trzy koncepcje dotyczące obowiązku doręczania postanowień wydawanych w postępowaniu klauzulowym.

Według pierwszej z nich, prezentowanej przez Sąd Okręgowy w Krakowie, każde postanowienie w postępowaniu klauzulowym należy doręczyć dłużnikowi. W ocenie tego Sądu, z art. 357 § 2 Kpc wynika ogólna reguła, zgodnie z którą postanowienie wydane na posiedzeniu niejawnym sąd doręcza z urzędu obu stronom postępowania, o ile przepis szczególny nie stanowi inaczej, przy czym nie jest takim przepisem szczególnym art. 795 § 2 Kpc, bowiem dotyczy on jedynie kwestii od kiedy biegnie dłużnikowi termin do złożenia zażalenia.

Druga koncepcja, prezentowana przez Sąd Okręgowy w Łodzi oraz Sąd Okręgowy w Gdańsku zakłada, że o ile postanowień o nadaniu klauzuli wykonalności w trybie art. 788 Kpc oraz postanowień związanych z takimi postanowieniami (np. o sprostowaniu) dłużnikowi się nie doręcza z uwagi na treść art. 795 § 2 Kpc, to dla rozstrzygnięcia innych kwestii wpadkowych, np. takich jak właściwość sądu, należy stosować przepisy ogólne. Zakłada się bowiem, że w braku szczególnego unormowania dotyczącego kwestii wpadkowych, należy poprzez art. 13 § 2 Kpc stosować art. 357 § 2 Kpc i doręczać takie postanowienia dłużnikowi. W konsekwencji Sądy te uznają, że o ile postanowienia kończącego postępowanie w sprawie nie doręcza się, to doręcza się postanowienia wcześniejsze, które sprawy nie kończą.

Ostatnia koncepcja, prezentowana przez większość sądów, w tym w szczególności przez Sąd Apelacyjny i Sąd Okręgowy w Katowicach, Sąd Okręgowy w Poznaniu czy Sąd Okręgowy w Szczecinie zakłada, że aktualny adres dłużnika w postępowaniu klauzulowym prowadzonym w trybie art. 788 Kpc nie jest w ogóle potrzebny, bowiem postanowień wydawanych w tym postępowaniu dłużnikowi nie doręcza się, gdyż byłoby to niezgodne z celem postępowania i dawało dłużnikowi możliwość ukrycia z majątku jeszcze przed wszczęciem postępowania egzekucyjnego.

Skutki przyjęcia poszczególnych koncepcji mogą się istotnie różnić. Jeśli bowiem okaże się, że sąd uważa, że dłużnikowi należy doręczyć postanowienie, to w przypadku, gdy nie jest znany adres dłużnika, wierzyciel musi go poszukiwać, ustalać w biurach adresowych, a dłużnik tymczasem może uciec z majątkiem. Dochodzi do przedłużenia się postępowania klauzulowego, które ze swej istoty powinno być krótkie, a nawet do zablokowania możliwości wszczęcia postępowania egzekucyjnego w sytuacji, gdy dłużnik przeprowadził się i nie dopełnił obowiązku meldunkowego, bo wierzyciel najczęściej nie dysponuje narzędziami pozwalającymi ustalić rzeczywiste miejsce pobytu dłużnika. Nie trzeba też specjalnie uzasadniać, że możliwości wierzyciela w ustaleniu rzeczywistego położenia majątku dłużnika w porównaniu do możliwości komornika, w szczególności po ostatniej nowelizacji art. 2 ust. 5 ustawy z dnia 29.08.1997 r. o komornikach sądowych i egzekucji, są nikłe. Wymaganie od wierzyciela podawania kolejny raz aktualnego adresu (po raz pierwszy taki obowiązek powstaje w procesie) nie jest konieczne również dlatego, że prawa dłużnika nie są zagrożone przez przeprowadzenie postępowania klauzulowego bez jego udziału. Postanowienie o nadaniu klauzuli zostanie mu bowiem doręczone przy wszczęciu egzekucji i wówczas będzie on mógł złożyć na nie zażalenie, które jeśli okaże się skuteczne, to doprowadzi do umorzenia postępowania egzekucyjnego.

W konsekwencji, w moim przekonaniu, jedynie ostatnie stanowisko jest prawidłowe, bowiem uwzględnia nie tylko literalną treść przepisów, ale również cel ich ustanowienia oraz funkcję postępowania klauzulowego. Należy też zwrócić uwagę na to, że odpowiednie stosowanie art. 357 § 2 Kpc może oznaczać niezastosowanie go w sytuacji, gdy taki wniosek wynikać będzie z wykładni tego przepisu w kontekście przepisów o postępowaniu klauzulowym. Nie zmienia to jednak stanu, w którym te same przepisy są interpretowane na trzy różne sposoby i nieobeznany z praktyką wierzyciel czy nawet profesjonalny pełnomocnik, nie jest w stanie przewidzieć, z którym poglądem przyjdzie mu się zmierzyć w konkretnym przypadku.

Reklamy

Sąd elektroniczny

5 lutego 2008

Wielkie zaniepokojenie wzbudza we mnie pomysł wprowadzenia sądu elektronicznego dla rozpoznawania niektórych (w zamyśle – prostych, w rzeczywistości – różnie to bywa) spraw cywilnych. Uważam ten pomysł – w jego obecnym i wyobrażalnym kształcie – za szkodliwy. Być może miałbym o nim inne zdanie, gdybym posiadał więcej informacji. Nie jest to jednak możliwe, gdyż nie mam „wejść” w Ministerstwie Sprawiedliwości, a na jego stronie można znaleźć jedynie króciutką wzmiankę na ten temat w dokumencie pt. „Informacja o zamierzeniach legislacyjnych”. Napisano tam, że: „Istotą projektu będzie stworzenie jednego ogólnokrajowego sądu, do którego wnoszone byłyby pozwy w formie elektronicznej (bez dołączania dowodów) i którego orzeczenia uprawomocniałyby się w wypadku braku sprzeciwu bądź zarzutów, zaś w razie ich wniesienia pozwy byłyby przekazywane do rozpoznania sądowi właściwemu miejscowo”.

Media podchwyciły ten pomysł dość chętnie, choć jego wprowadzenie ma mieć miejsce dopiero w 2010 r., co – biorąc pod uwagę opóźnienia we wszelkiego rodzaju informatycznych wdrożeniach – może oznaczać, że nastąpi to dopiero po wyborach parlamentarnych. Oczywiście, jeśli Platforma ponownych wyborów nie wygra, to pomysł ten w ogóle może być wyrzucony do kosza.

Z pojawiających się artykułów na ten temat wynika znacznie więcej niż z informacji ministerialnej, aczkolwiek trudno stwierdzić, co jest prawdą, a co nie. W szczególności autorzy piszą, że sąd elektroniczny objąć ma jedynie sprawy z postępowania upominawczego, z wyłączeniem postępowania nakazowego (to sugeruje ministerstwo pisząc o zarzutach), a także, że akta takich spraw miałyby być prowadzone w formie elektronicznej. Niższe mają być opłaty za wniesienie pozwu tą drogą, a nakazy zapłaty mają być przekazywane komornikom drogą elektroniczną.

W związku z powyższym jawi się szereg pytań, na które Ministerstwo Sprawiedliwości powinno, w moim przekonaniu, publicznie odpowiedzieć, przed prowadzeniem dalszych prac nad pomysłem. Publicznie dlatego, by nie prowadzić w zaciszu gabinetów prac, które doprowadzić mogą do powstania potworka. Poniższe pytania są stosunkowo ogólne. Odpowiedź na pewne z nich uczyni inne bezprzedmiotowymi, ale postawi nowe. Stąd warto byłoby się nad nimi zastanowić.

1. Jeśli pozwy mają być wnoszone bez załączanych dowodów, jak sugeruje Ministerstwo, to dlaczego nakazy zapłaty mają wydawać referendarze, a nie komputer? Byłoby o rozwiązanie o wiele tańsze, a na prawa pozwanego nie wpływałoby to w żaden sposób. Z samego pozwu nie wynika przecież zasadność roszczenia. Do jej analizy, do uznania czy żądanie budzi czy nie budzi wątpliwości, konieczne jest powiązanie treści pozwu z dowodami. Brak dowodów powoduje, że nie ma czego weryfikować i praca jest automatyczna, więc nie musi jej wykonywać człowiek.

2. Obawiam się, że brak dowodów oznacza, iż każdy wierzyciel otrzyma przywilej idący znacznie dalej niż bankowy przywilej wystawiania bankowych tytułów egzekucyjnych. Czy tak będzie? Jeśli na samym tylko oświadczeniu powoda miałby bazować sąd, to wymiar sprawiedliwości stanie się fikcją, a każdy będzie mógł uzyskać dowolne orzeczenie zasądzające. Co gorsza – część z nich zostanie skierowana do egzekucji, mimo że będzie bezzasadna i może rodzić daleko idące skutki.

3. Czy rozważano, jaki wpływ na skalę wnoszonych sprzeciwów będzie miało to, że pozwany nie będzie wiedział, na podstawie jakich dokumentów dochodzone jest od niego roszczenie? Aktualnie wiele sprzeciwów nie jest wnoszone zapewne dlatego, że pozwany ma świadomość, że jest winien, gdyż dostaje fakturę, którą dostał wcześniej pocztą. Porównuje sobie oba dokumenty i nie ma wątpliwości, że wszystko się zgadza. W sytuacji, gdy tej faktury z pozwem nie dostanie, to istnieje ryzyko drastycznego wzrostu ilości sprzeciwów. Gdyby tak się stało, to cały system straci sens.

4. W jakiej formie będzie dostarczany pozew pozwanemu? Zapewne w drukowanej. Czy w związku z tym rozważano wysokość kosztów wyposażenia sądu w drukarnię? I czy koszty druku pozwów prywatnych firm mam ponosić ja, jako podatnik, czy też wierzyciel (tak jest obecnie) lub dłużnik (tak teoretycznie mogło by być)?

5. Czy wydany bez dowodów nakaz zapłaty będzie nakazem zapłaty, o którym mowa w art. 353(1) i (2) Kpc? Jeśli tak, to czy rozważano konsekwencje wynikające z prawomocności takiego nakazu i dopuszczalnymi środkami obrony dłużnika? Czy rozważano konstytucyjne prawo dłużnika do obrony w procesie, które w moim przekonaniu byłoby ograniczone w stopniu pozwalającym na zakwestionowanie konstytucyjności sądu elektronicznego? Jeśli dłużnik nie wie, na podstawie jakich dowodów wydano orzeczenie, to musi się odwołać, by je uzyskać. Wymuszono by więc na obywatelach, spółkach itd. obowiązek spodziewania się pozwu w każdym czasie. Nawet bowiem najbardziej absurdalne żądania byłyby uwzględniane. Co więcej – wymuszono by konieczność działania pozwanych, gdyż Państwo jako takie nie prowadziłoby nawet wstępnej weryfikacji żądań. Sądzę, że jest to nie do przyjęcia w świetle konstytucyjnego prawa do sądu.

Mając na uwadze powyższe względy sądzę, że pozwy bez dowodów nie przejdą. Będą one musiały być załączane w formie elektronicznej do pozwu i na tej podstawie referendarze będą wydawać nakazy, badając czy żądanie nie budzi wątpliwości. Byłoby to rozwiązanie o niebo lepsze, aczkolwiek mam wątpliwość czy tańsze od obecnego, które lekko by zmodyfikowano (o czym dalej).

Otóż także w rozwiązaniu z dowodami pojawia się pytanie, kto ma drukować odpisy pozwu z załącznikami i dlaczego miałby to robić sąd? Jeśli pozew będzie drukowany, to jeśli nie zostanie doręczony pozwanemu i wróci do sądu, to trzeba go będzie gdzieś przechowywać. Obecnie robi się to w aktach papierowych. Jak byłoby w nowym rozwiązaniu? Nie wiadomo. Jasne jest jednak, że będzie to kosztować.

Dalej – zupełnie niezrozumiałe jest dla mnie, dlaczego nakazy zapłaty miałyby być przesyłane z sądu do komornika. Przecież to nie sąd, lecz wierzyciel jest gestorem postępowania egzekucyjnego i do wszczęcia tego postępowania niezbędny jest jeggo wniosek. Wierzyciel może nie chcieć kierować sprawy do egzekucji z uwagi na spłatę zadłużenia. Czy musiałby w takiej sytuacji informować sąd o tym fakcie? Nawet gdyby, to nikt by tego nie robił, bo to absurd, nie mówiąc o tym, że sąd musiałby zarządzać takimi informacjami. W efekcie do komorników trafiałaby masa nakazów zupełnie niepotrzebnie. Co więcej, aby nakaz trafił do odpowiedniego komornika, to wierzyciel musiałby już w pozwie go wskazać. A jeśli tego nie zrobi, to co? Automat przyjmujący pozwy elektroniczne nie pozwoli na wykorzystanie tej drogi? Byłoby to nielogiczne. Z drugiej strony, jeśli nakaz zapłaty nie będzie przesyłany przez sąd do komornika, to musiałby być przesyłany do wierzyciela. Jeśli będzie w formie elektronicznej, to w takiej samej formie będzie musiał być wysłany do komornika, gdyż wydrukowanie takiego nakazu unicestwi jego urzędowość. Dalej – jak okazywać dłużnikowi w trakcie czynności egzekucyjnych oryginał tytułu wykonawczego (por. art. 805 par. 2 Kpc)? Wozić laptopa prócz akt? ;] A poza tym, kto mu uwierzy, że to coś w komputerze, to tytuł wykonawczy? Przecież każdy sobie może coś takiego zrobić, a zapewne dla przeciętnego obywatela, jak coś nie jest na papierze, to nie istnieje. W sumie sądzę, że łącznie z wprowadzeniem sądu elektronicznego należałoby wdrożyć egzekucję elektroniczną. Czy rozważano tę kwestię? Wątpliwe.

Kwestią drugorzędną w tej sytuacji, są nakłady, które trzeba będzie poczynić na systemy bazodanowe, sprzęt komputerowy, superwydajne drukarki, toner itd., aby sąd elektroniczny mógł w ogóle działać. Konieczność przygotowania i przeprowadzenia przetargów w tym zakresie już budzi wątpliwość czy w ogóle takie rozwiązanie spowoduje jakieś oszczędności.

Tymczasem radykalne ograniczenie pracy sądów w postępowaniu upominawczym jest do osiągnięcia poprzez wprowadzenie dwóch przepisów i jednego rozporządzenia. Pierwszy przepis zobligowałby powoda do dołączania do pozwu wypełnionego wzoru nakazu zapłaty, drugi przepis wprowadzałby delegację dla Ministra Sprawiedliwości do ustalenia wzoru nakazu zapłaty, a rozporządzenie ustaliłoby taki wzór. Na skutek tego rozwiązania praca sądów w postępowaniu upominawczym do czasu wydania nakazu zapłaty sprowadziłaby się do tego, że referendarz sprawdziłby czy żądanie pozwu odpowiada treści załączonego projektu nakazu oraz czy z załączonych dowodów nie wynika, że żądanie budzi wątpliwości. Gdyby wszystko grało, to przybijałby swoją pieczątkę imienną (mogłaby być połączona z sądową, dla zmniejszenia ilości pracy), podpisywał się i już. Nakaz wydany – można wysłać.

Można byłoby też ograniczyć pracę jeszcze bardziej i nie doręczać nakazu zapłaty wierzycielowi przed jego uprawomocnieniem się. Dopiero wówczas, po nadaniu klauzuli wykonalności, tytuł wykonawczy byłby wysyłany wierzycielowi.

Generalnie sądzę, że w obecnie istniejące rozwiązania rozwiązania są na tyle dobre, że wystarczy je dopracować, by minimalnym kosztem osiągnąć spadek kosztów funkcjonowania sądu oraz poprawić szybkość procedowania, bez utraty gwarancji procesowych pozwanych.

PS. Jak właśnie przeczytałem (22:25), Rząd przyjął dziś założenia do tego projektu. Wyjaśniają one podstawową kwestię – pozwy mają być wnoszone bez dowodów, natomiast w pozwie ma znaleźć się dokładny opis stanu faktycznego (cokolwiek to oznacza). Reszta wskazanych przeze mnie kwestii nie została jak dotąd rozstrzygnięta.

Rejestracja czasopism – uzasadnienie postanowienia

7 listopada 2007

Dziś odebrałem uzasadnienie postanowienia wpisującego mojego bloga do rejestru dzienników i czasopism. Okazuje się, że zarejestrowany został mój blog, który został uznany za prasę, a nie teoretycznie możliwe do wydawania pismo, jak sugerował Vagla.

Sąd poruszył w uzasadnieniu bardzo ciekawą kwestię dotyczącą podstaw orzekania o wpisie, uznając, że obowiązki sądu ograniczają się do sprawdzenia czy wniosek odpowiada przesłankom określonym w art. 20 ust. 2 Prawa prasowego, a przyczyną odmowy rejestracji może być wyłącznie brak we wniosku danych określonych w ww. przepisie lub naruszenie prawa do ochrony nazwy istniejącego już tytułu prasowego.

Sąd posłużył się też pojęciem „czasopismo internetowe” (już w komparycji, ale także w uzasadnieniu), którego jednak nie zdefiniował. Ustawa nie posługuje się tą konstrukcją, więc pozostaje domniemywać, co ona oznacza. W moim przekonaniu rodzą się przy tym pewne problemy interpretacyjne. Skoro bowiem ustawa nie nakazuje rejestracji „czasopisma internetowego” ani nie posługuje się tym pojęciem, to użycie dookreślenia „internetowe” sugeruje, że czasopismo internetowe, to coś innego niż czasopismo „zwykłe”. A skoro tak, to nie powinno podlegać rejestracji, gdyż ustawa nakazuje i umożliwia rejestrowanie jedynie dzienników i czasopism. W związku z tym dla spójności orzeczenia wydaje mi się, że trzeba przyjąć, że dookreślenie „internetowy” nie niesie ze sobą żadnej treści merytorycznej i jedynie opisuje rodzaj czasopisma na takiej samej zasadzie jak np. dookreślenie „sportowe” czy „prawnicze”.

Podkreślenia jednak wymaga, że zgodnie z art. 7 ust. 2 pkt 3 Prawa prasowego o czasopiśmie można mówić wówczas, gdy jest ono wydawane drukiem albo w formie dźwięku lub dźwięku i obrazu równocześnie. Sąd niestety nie odniósł się do tej kwestii, w związku z czym rozważam wniesienie apelacji.

Poruszyć chciałbym w niej trzy kwestie.

Po pierwsze, czy rzeczywiście nie ma znaczenia, że mój blog nie spełnia warunków z art. 7 ust. 2 pkt 3 Prawa prasowego, gdyż jest wydawany w formie – co najwyżej – obrazu.

Po drugie, czy Sąd jest związany treścią rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości w sprawie rejestracji dzienników i czasopism (nowelizacja uchyliła § 5 tego rozporządzenia) w zakresie, w którym ogranicza ono materiał dowodowy, mogący stanowić podstawę orzeczenia. Istotne jest to, że istnieje sprzeczność między tymi przepisami, a przepisami o postępowaniu dowodowym. Ponadto określenie w tym rozporządzeniu podstaw dowodowych rejestracji wydaje się przekraczać delegację z art. 23a Prawa prasowego. Moje wątpliwości są natury konstytucyjnej, więc wchodzi w grę odmowa zastosowania przez sąd tych przepisów.

I po trzecie wreszcie – czy sąd rejestrując mój blog nie powinien i tak badać czy jest on wydawany we właściwej formie, a jeśli nie, to czy nie powinien zarejestrować jedynie tytułu prasowego, pod którym możliwe byłoby wydawanie czasopisma. Tę opcję zapożyczam z wyżej wskazanego tekstu Vagli.

Gdyby kogoś to interesowało, to całe uzasadnienie znajduje się tutaj.

Doprowadzenie na rozprawę w postępowaniu z oskarżenia prywatnego

2 listopada 2007

Daleki jestem od odsądzania od czci i wiary asesora, który wydał zarządzenie o zatrzymaniu i doprowadzeniu dziennikarzy Gazety Polskiej. W zasadzie miałem nawet nic na ten temat nie pisać, gdyż w sytuacji, gdy jedna strona opowiada o zagrożeniach dla demokracji, a druga o ignorowaniu wymiaru sprawiedliwości, to merytoryczne teksty mają nikły sens. Jednak dzisiejsze teksty Galopującego Majora i Page’a sprowokowały mnie do skrobnięcia paru słów.

Najpierw kilka słów o samym art. 212 kk, który jest podstawą toczącego się między TVN a Sakiewiczem (więcej o sporze: tutaj). Przepis tej treści istnieje w polskim prawie karnym w zasadzie od zawsze, bo już kodeks karny z 1932 r. wprowadzał karę pozbawienia wolności za przestępstwo pomówienia. Od zawsze też przestępstwo to ścigane było z oskarżenia prywatnego. Nie ma zatem racji Major pisząc, że „paragraf, który umożliwia TVN oszczercze oskarżanie Pana Tomasza o przestępstwo, wszedł w życie dopiero w roku 1997„.

Oczywiście problemem w sprawie nie jest fakt istnienia art. 212 Kk, jak próbowała sugerować dziennikarka z TV Puls w trakcie dzisiejszej konferencji prasowej Jarosława Kaczyńskiego, tylko fakt zastosowanie w sprawie z oskarżenia prywatnego przepisów o zatrzymaniu i doprowadzeniu. Mam jednak pewną trudność z ustaleniem, jaka była podstawa wydanej decyzji. Gdyby bowiem przyjąć, tak jak Major, że był to art. 382 Kpk, to należałoby przyjąć, że jego zastosowanie nie było uzasadnione. Przepis ten brzmi bowiem: „W razie nieusprawiedliwionego niestawiennictwa oskarżonego, którego obecność jest obowiązkowa, przewodniczący zarządza jego natychmiastowe zatrzymanie i doprowadzenie lub przerywa w tym celu rozprawę albo też sąd ją odracza. Przepis art. 376 § 1 zdanie trzecie stosuje się„. Możliwość jego zastosowania, czyli zarządzenia przez przewodniczącego zatrzymania i doprowadzenia, jest warunkowana dwiema przesłankami. Po pierwsze – niestawiennictwo oskarżonego musi być nieusprawiedliwione, a po drugie obecność oskarżonego na rozprawie, na którą się nie stawił, musi być obowiązkowa. Nie wnikając głębiej w kwestie usprawiedliwiania się, stwierdzam, że w postępowaniu prywatnoskargowym obecność oskarżonego nie jest obowiązkowa, co wynika z art. 485 Kpk w zw. z art. 479 Kpk. Ten pierwszy przepis nakazuje stosować w postępowaniu prywatnoskargowym przepisy o postępowaniu uproszczonym, a ten drugi brzmi:

§ 1. Jeżeli oskarżony, któremu doręczono wezwanie, nie stawi się na rozprawę główną, sąd może prowadzić postępowanie bez jego udziału, a jeżeli nie stawił się również obrońca – wydać wyrok zaoczny.
§ 2. Jeżeli oskarżony nie stawił się na rozprawę, odczytuje się uprzednio złożone jego wyjaśnienia. Przepis art. 396 § 2-4 stosuje się odpowiednio.

Stosując art. 479 Kpk w postępowaniu prywatnoskargowym należy uznać, że skoro sąd może prowadzić postępowanie bez udziału oskarżonego, to jego obecność obowiązkowa nie jest i art. 382 Kpk nie ma zastosowania.

To jednak niestety nie wyczerpuje tematu, bowiem art. 382 kpk nie jest jedynym przepisem, który reguluje kwestie doprowadzenia na rozprawę. W szczególności oskarżonego można doprowadzić na zasadach ogólnych na podstawie art. 75 Kpk, który to przepis stanowi, że:

§ 1. Oskarżony, który pozostaje na wolności, jest obowiązany stawić się na każde wezwanie w toku postępowania karnego oraz zawiadamiać organ prowadzący postępowanie o każdej zmianie miejsca swego zamieszkania lub pobytu trwającego dłużej niż 7 dni, o czym należy oskarżonego uprzedzić przy pierwszym przesłuchaniu.
§ 2. W razie nie usprawiedliwionego niestawiennictwa oskarżonego można zatrzymać go i sprowadzić przymusowo
.

W tym wypadku znika przesłanka obowiązkowego stawiennictwa (nie pytajcie, czemu tak jest, bo nie mam pojęcia. Sądzę, że to jest bez sensu. Doprowadzenie powinno być możliwe – a nie obowiązkowe – zawsze, gdy sąd uzna to za konieczne.) , co pozwala doprowadzić na rozprawę każdego, kto nie usprawiedliwił swojego niestawiennictwa. W efekcie od swobodnej decyzji sędziego zależy czy oskarżonego, który nie usprawiedliwił swojej nieobecności doprowadzić na następną rozprawę czy nie.

Na koniec dwa zdania komentarza. Uważam, że w sytuacji, gdy oskarżony informuje sąd o przyczynach jego niestawiennictwa, natychmiastowe stosowanie doprowadzenia będzie zwykle całkowicie nieuzasadnione. Sąd nie powinien bowiem dbać o swój autorytet wsadzając oskarżonych do aresztu z byle powodu. Oskarżony częstokroć nie może przewidzieć, jak do jego wyjaśnień odniesie się sąd, który zwykle uczyni to dopiero na rozprawie, na której tego oskarżonego nie będzie. Poza tym pewne sytuacje nie są oczywiste. Czy śmierć matki lub brata jest wystarczającym powodem do niestawiennictwa? A ślub syna? A kuzynki, z którą się było w bardzo bliskich relacjach? Te wydarzenia mogą być niezmiernie ważne dla oskarżonego, a waga sprawy – stosunkowo nikła. Należy też mieć na względzie, że inna jest sytuacja oskarżonego reprezentowanego przez obrońcę, inna w toku procesu, a inna na początku. Należy też mieć na względzie, że sprawa toczy się o słowa, więc nie ma konieczności przeprowadzania żadnych skomplikowanych dowodów.

Generalnie nie widzę więc żadnej potrzeby, by na rozprawę w trybie prywatnoskargowym, siłą doprowadzać oskarżonego. Można wydać wyrok pod nieobecność, a w najgorszym razie zaoczny i niech się oskarżony martwi.

Zostałem redaktorem naczelnym

15 października 2007

Ostatnie dwa tygodnie byłem na wakacjach i nie miałem okazji napisać, że Sąd Okręgowy we Wrocławiu uwzględnił mój wniosek rejestracyjny i dokonał wpisu w rejestrze czasopism. Ciekawe stanowisko zajął w związku z tym Vagla, który twierdzi, że ta rejestracja nie dotyczy mojego (w oryginale – Olgierda, ale moje postanowienie jest takie samo) bloga, a jedynie dopuszcza do wydawania czasopisma w świecie realnym, np. drukiem, które będzie miało identyczny tytuł jak blog. Cóż, zobaczymy jakie jest w rzeczywistości stanowisko sądu, bowiem złożyłem już wniosek o uzasadnienie. Jeśli okazałoby się, że jednak Vagla nie ma racji, to rozważam apelację. W przeciwnym razie nie pozostanie nic innego jak zgłosić wniosek o wykreślenie czasopisma, bo nie zamierzam żadnego czasopisma wydawać.